Reklama

    Przeciętny bywalec dyskoteki wie, czego potrzeba kobiecie...

    Tym stwierdzeniem mogłabym zakończyć niniejsze wywody, ale ponoć dyskotekowe szaleństwo warte jest bliższego spojrzenia

     (tak twierdzą moje przyjaciółki - dyskomułki). Postanawiam więc owo spojrzenie poszerzyć i na własnej skórze doświadczyć tego, godnego kilkugodzinnych przygotowań, szaleństwa. Miejsce? Jeden z krakowskich nocnych klubów; i tak nie ma w czym wybierać, więc nie mam większych dylematów.

    Tym stwierdzeniem mogłabym zakończyć niniejsze wywody, ale ponoć dyskotekowe szaleństwo warte jest bliższego spojrzenia (tak twierdzą moje przyjaciółki - dyskomułki). Postanawiam więc owo spojrzenie poszerzyć i na własnej skórze doświadczyć tego, godnego kilkugodzinnych przygotowań, szaleństwa. Miejsce? Jeden z krakowskich nocnych klubów; i tak nie ma w czym wybierać, więc nie mam większych dylematów. Wbrew wcześniejszym postanowieniom nie przebieram się za mężczyznę (i tak by nic z tego nie wyszło), bo jak sama lubię sobie pochlebiać, jestem kobietą z krwi, kości i, choć to bolesne dla płci przeciwnej, z odrobiną rozumu. W tym właściwie tkwi cały bezsens mojej wizyty w dyskotece; nie potrafię zostawić zdrowego rozsądku w domu, wchodzimy więc sobie, po uprzednim mini - treningu silnej woli, spowodowanym chęcią ucieczki na widok ochrony, stojącej na „bramce”  (dlaczego do cholery nazywa się to „bramka”?!),w rozszalały, gorący tłum i...ooooooo... Aż roi się tu od powabnych blond - pępuszków, uczepionych lub usiłujących dostąpić takiego „zaszczytu”, do swoich (przygodnie poznanych?) towarzyszy w typie macho (to taki polski prawdziwy mężczyzna w dresie). Oni biedni, nie wiedząc gdzie podziać wzrok, błądząc pomiędzy nastoletnią, choć jak na mój gust, zbyt postarzałą, lecz pięknie opaloną (!) twarzyczką (na szyję niestety zabrakło słońca), a falującym brzuszkiem, wlepiają w końcu swe (o)błędne spojrzenie w kufel piwa. Przyznać trzeba, że reprezentują wysoki ponad normę poziom tolerancji wobec siebie i towarzyszy(ek). I niech mi jakiś „zagraniczniak” powie, że Polacy nie są zadowoleni z siebie. Prosty przykład:

    - Zatańczysz?
    - no tak, nie zauważyłam nawet, że zaczęły się „wolne”(moja mama nazywa je „pościelówy”- z wiadomych względów
    - Nie, dziękuję
    - Dlaczego? - oto mężczyzna, który z pewnością wie, czego chce kobieta
    - (...)
    - No chodź! Dwa - na - jeden...
    Czy powinnam się przyznać, że nie mam nikogo na wsi i wiejskie wesela są mi obce?
    - No chodź! Jestem tu najlepszy!
    Nooo...kolego, w to akurat nie śmiem wątpić.
    - Nie - powiedziałam - czy „nie” dla ciebie oznacza „nie”?
    - Tak - i poszedł

    Aby ochłonąć, udaję się do baru, a raczej czegoś co go przypomina. I tu winna jestem podziękowania właścicielom dyskotek, dzięki którym w prosty i banalny sposób wróciłam do czasów dzieciństwa, kiedy mama stawiała mnie w dłuuugiej kolejce np. po podpaski, a gdzie nauczyłam się walczyć o swoje miejsce. Dzięki temu mogłam zamoczyć wreszcie usta w bursztynowym rozwodnionym czymś ( nie bądźmy okrutni dla barmanów - oni też muszą jakoś dorabiać!).
    Z sali dobiega rytmiczny łomot i obiecujące „Would you like...” ( no cóż, śpiewająco też można zaproponować różne rzeczy). Kicam sobie w takt rąbanki, jaką serwuje nam DJ i nie mogę wyjść z podziwu dla tego targowiska próżności jakie, mnie otacza. Oni - zafascynowani postacią opisywaną przez Hiszpanów jako Don Juan, a przez Włochów jako Don Giovanni, próbują udowodnić sobie, że zasługują na wymarzone miano „macho”, a one...to chyba temat na osobny artykuł.

    Gillette

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    4357580
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.