Reklama

    Europejska tradycja soundsystemowa

    Miniaturka

    Wyobraźcie sobie duże plenerowe wydarzenie muzyczne, które odbywa się w okresie wiosenno-letnim, ale... nie martwicie się o zdobycie drogiego karnetu, nie wiecie do końca kto zagra i nie natykacie się co chwila na jego reklamy w prasie, radiu i telewizji. Martwicie się za to, czy uda się wam zdobyć współrzędne miejsca i tam dotrzeć...

    Oficjalne pisma pierwszy tekniwal datują na lipiec 1993 r. Jednak, aby w pełni zrozumieć ideę określaną dziś mianem free tekno, trzeba cofnąć się aż do lat 70-tych. Wtedy właśnie na brytyjskich drogach zakwitły, najpierw pojedyncze, potem łączące się w całe konwoje, ciężarówki i furgony travellersów. Byli nimi hipisi, którzy porzucili swoje stacjonarne komuny na rzecz życia w ciągłej trasie, negującego pokusy systemu. Rzecz jasna, element zjednoczenia i jedności owych banitów z wyboru był wciąż istotny. Stąd też co jakiś czas organizowane były zjazdy travellersów, z czasem przybierające formę prawdziwych darmowych festiwali.

    Zdjęcie

    Na przełomie lat 80-tych i 90-tych na wyspach brytyjskich zaczęło bulgotać zjawisko dotąd nieznane - rave. Coraz większe kręgi młodych Brytyjczyków traciły głowę na punkcie weekendowych harców w rytm acid house czy wykluwających się właśnie jungle'i i hardcore'u. Hołdujące hedonizmowi rave'y, zarówno te nie- jak i legalne, stawały się coraz większe. Odbywały się już nie tylko w klubach, ale i na squatach oraz w pustostanach. Wychodziły nawet na ulice - w 1992 r. miał miejsce m. in. partyzancki, ledwo godzinny i ostatecznie rozbity przez policję, rave w okolicach londyńskiego wieżowca Cannary Wharf, symbolu brytyjskiej gospodarki.
    Na początku lat 90-tych pewna grupa przyjaciół (przesiąkniętych takim właśnie klimatem), składająca się ze squatersów i alternatywnych aktywistów, postanowiła w sposób rzeczywisty dołożyć swoje trzy grosze do tego zjawiska. Zakupili głośniki i po kilku udanych miejskich akcjach, wybrali się ze swoim soundsystemem na jeden z darmowych travellerskich festiwali - Longstock, celebrujący noc letniego przesilenia. Owa impreza okazała się punktem krytycznym, w którym wspomniana grupa przyjaciół - teraz już znanych jako Spiral Tribe - pojęła swoją misję. Z dzisiejszego punktu widzenia można ją streścić jako kontynuację pozytywnej europejskiej tradycji soundsystemowej. Nie wrócili na swój squat. Ruszając w dalszą trasę stali się pionierami tekno travellersów.

    "Free tekno is not a crime"

    Obrazek

    Odpalenie free tekowej racy, oprócz frekwencyjnych rekordów na kolejnych przystankach Spiral Tribe, wiązało się również ze zwróceniem uwagi państwa na nowe, bardzo niepokojące z punktu widzenia establishmentu, zjawisko. Po wielu blokadach, konfiskatach, aresztowaniach, nalotach, a nawet specjalnie zakrojonych akcjach (tylko jedna spośród nich, o kryptonimie "Snapshot", pochłonęła ok. pół miliona funtów; na inną zaś, znaną jako "Nomad", wydano kolejny milion), doszło do dwóch znaczących wydarzeń, które okazały się kroplą przepełniającą kielich goryczy.
    W 1992 r. organom ścigania udało się ująć i postawić w stan oskarżenia za "naruszanie porządku publicznego" członków ST (akcja pozbawiła ich całego sprzętu).
    Dwa lata później oficjalnie weszła w życie legendarna ustawa Criminal Justice and Public Order Act, uderzająca m. in. w squating, prawo do zachowania milczenia podczas aresztowania oraz imprezy, na których grano "powtarzające się rytmy". Sprawa okazała się bez precedensu. Matthew Collin w swojej rave'owej monografii pisze: "chociaż inne ruchy młodzieżowe inspirowały nowe ustawy, nigdy wcześniej przez lata powojennych wybuchów paniki z powodu zagrożenia moralności młodych należących do rożnych subkultur (...), rząd nie uznał muzyki za tak wywrotową, żeby należało jej zakazać".

     Zdjęcie

    "You can stop the party, but you can't stop the future!"
    Wobec coraz bardziej niesprzyjających warunków, Spiral Tribe podjęło decyzję o opuszczeniu wysp brytyjskich. Przenieśli się do Francji, gdzie odbudowali swój soundsystem. Kilka miesięcy później zamieszkali w Niemczech, gdzie stworzyli legendarny konwój, w skład którego wchodziły m. in. myśliwce-nieloty typu MIG i stare wozy bojowe. Z Niemiec właśnie wyruszyli w swój pierwszy wielki europejski objazd po kontynencie, przez pola, łąki i lasy Republiki Czeskiej, Austrii i Włoch, na Francji kończąc. Nie jest zapewne przypadkiem, że obecnie w tych właśnie krajach scena free tekno jest najbardziej rozbujana, przy czym niemal w każdym europejskim kraju tekniwalowa historia poszła w swoją stronę. Najwięcej jednak aktywnych, stricte travellerskich soundsystemów wyruszających w długą trasę w okresie letnim, pochodzi z krajów przez które przejechał konwój ST.

    Również w Polsce zjawisko free parties i tekniwali ma swoje miejsce na kartach muzycznej historii - mniej więcej od końca lat 90-tych. Nie można jednak w tym przypadku mówić o boomie jaki wybuchł w innych krajach: z kilkudziesięcioma tysiącami uczestników, lokalnym ustawodawstwem zawierającym terminy takie jak "rave" czy "free party", czy też policyjnymi helikopterami zawieszonymi nad party place. Niemniej, zachodnioeuropejskie kolektywy cenią sobie względny spokój Europy Środkowej i coraz bardziej Wschodniej. Współcześnie, rzeczone zjawisko jest rozpatrywane wielopłaszczyznowo, przez co, jest ciekawym celem do badań dla kulturoznawców, publicystów, a nawet antropologów. Część kolektywów pozostała wierna światopoglądom kompilującym anarchizm z mistycyzmem, inne wybrały "świecką" drogę, skupiając się na aspektach związanych z hedonizmem czy swego rodzaju muzyczną propagandą.

    Zdjęcie

    Fenomen free tekno opiera się w głównej mierze na korzyściach i zagrożeniach jakie ze sobą niesie. Teren party place staje się tymczasową niepodległą przestrzenią, swoistym państwem w państwie, którego granice wyznaczane są przez dźwięki dobywające się z soundsystemów (wielbiciele klasyki powołują się często na ideę tymczasowych stref autonomicznych, autorstwa amerykańskiego pisarza i myśliciela Hakima Bey'a). Każdy uczestnik tekniwalu czy free party coś znaczy. Nikt nie jest tylko klientem, który za ciężkie pieniądze odbiera należną mu "usługę festiwalową". Nie ma ochrony i bramek, więc każdy sam decyduje o granicach swojej wolności, zabawy i ogólnego wkładu w przedsięwzięcie. Każdy może przyjechać i rozstawić się ze swoim soundsystemem; każdy może zagrać (w granicach rozsądku); każdy może pomóc w ustawianiu soundsystemu czy też popchnąć wraz z innymi zakopaną ciężarówkę. Dla jednych jest to urzeczywistnienie idei D.i.Y. ("do it yourself"), dla innych jeden z istotniejszych wybuchów oddolnej i totalnie swobodnej inicjatywy obywatelskiej (choć działanie ma na celu odizolowanie się od głównego nurtu, wydarzenia owe mają charakter rozrywkowo-kulturalny).

    "Fight for your right to party!"
    Z drugiej strony ponad dwudziestoletnia historia ruchu pokazała, że to nie tylko zabawa i beztroskie spotkania samoregulujących się alternatywnych społeczności. Pobyt na tekniwalu czy free party wiąże się z wieloma nieudogodnieniami oraz zagrożeniami: od dystansu do cywilizacji (najbliższy sklep, stacja benzynowa czy szpital mogą być oddalone nawet o kilkanaście kilometrów), do brutalnych aresztowań. W Polsce nie widać jeszcze (?) oznak obawy establishmentu przed skupiskami "potencjalnie wywrotowej młodzieży". Jednak np. największy czeski tekniwal, znany jako Czechtek, w 2005 r., został zakończony brutalną interwencją ponad tysiąca uzbrojonych funkcjonariuszy policji przy wsparciu armatek wodnych, gazu łzawiącego i pałek. W rozumieniu polskich organów ścigania głównymi zarzutami wobec free parties są: brak zabezpieczeń imprez o charakterze masowym, wtargnięcia na teren prywatny oraz dystrybucja alkoholu bez licencji i/lub innych "uciech". Dojeżdżając do party place można, również w Polsce, napotkać policyjną kontrolę i zostać zmuszonym do poddania się wielogodzinnej rewizji samochodu, plecaków, kieszeni...

    Zdjęcie

    "Play fast or die"
    Co z muzyką?, ktoś zapyta. Współcześnie, podobnie jak na początku, dominują raczej ciężkie odmiany elektroniki oraz ich bieżące mutacje, takie jak hardcore i wszystkie jego odmiany (w tym osławiony i stricte plenerowy frenchcore), tribe, drum'n'bass, jungle, hard house, hard trance, rzadziej ekstremalne elektroniczne chimery jak breakcore czy speedcore. Za dnia można usłyszeć także jamajskie dźwięki, ambient czy regularne disco; coraz częściej również dubstep. Każde wydarzenie tego typu jest "otwarte dla wszystkich soundsystemów, artystów i performerów". Niemal na każdej ściance, posiadając własne płyty lub odpowiedni hardware oraz podstawowe umiejętności, można zagrać. Muzyka gra non stop, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nieraz, na długo przed oficjalnym początkiem i długo po oficjalnym zakończeniu, serwowana przez soundsystemy, które przyjechały wcześniej i/lub nigdzie się nie spieszą.

    Udział we free party czy tekniwalu z pewnością nie jest formą spędzania wolnego czasu porównywalną z wyjściem do klubu, z którego można wrócić taksówką do ciepłego domu. Jest to bardzo zobowiązująca aktywność, nieraz upominająca się o koncentrację i odpowiedzialność na pełen etat. W pewien sposób, co prawda, uległa swym czasom, straciła nieco ideologicznego impetu, stając się jeszcze bardziej kolorową i chaotyczną. W dalszym ciągu jednak, w kwestiach światopoglądowych, jest mocno związana z szeroko pojęta alternatywą. Dla fanów elektroniki i wielbicieli brania spraw w swoje ręce, z pewnością jest to przeżycie bez porównania. Tym bardziej, że historia pokazała również, iż machiny owej nie da się już zatrzymać. Zainteresowany? cHeCk yOuR lOcAl nEtWorK!

    Autor: Maciej Cybulski

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    4364221
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.