Reklama

    The Lordz Team - zafascynowani dubstepem

    MiniaturkaO powstaniu jednego z czołowych DJ'sko-producenckich kolektywów – The Lordz Team, fascynacji dubstepem, rodzimej scenie oraz o współpracy z Pezetem, odpowiadali kolejno Auer, Fio oraz Du:It.

    Na początek szybki brief historyczny. Jak doszło do powstania The Lordz Team i dlaczego – koniec końców – wszystko, co robicie w życiu, wiąże się z edycją bądź realizacją dźwięku?

    Auer: Najpierw powstało The Lordz i w założeniu miał to być duet producencki: Auer + Fio. Trochę razem porobiliśmy, wydaliśmy kawałki na Dub out of Poland, ale Fio przestał produkować, wiec duet sie rozpadł. Następnie było tak, że kilka razy sam grałem jakieś imprezy, potem dołączyłem do Du:It’a i na końcu powrócił Fio. W sumie przestał to być kolektyw producencki, a z biegiem czasu przerodził się w kolektyw DJ'sko-imprezowy.

    Fio: Po zawieszeniu założonego przeze mnie i Auera duetu producenckiego The Lordz, połączyliśmy siły z Du:It’em i MC Shot:One, czego wynikiem jest nowy kolektyw DJ'sko-imprezowy o nazwie The Lordz Team. Każdy z nas robił muzę już w liceum/gimnazjum i chyba dlatego zostaliśmy realizatorami dźwięku, praca w biurze od 8 do 15 zabiłaby życie w każdym z nas. Osobiście uważam, że każdy powinien zrobić sobie pracę z jego hobby. I tak zrobiliśmy my.

    Du:It: Realizacja dźwięku wzięła się z zamiłowania do muzyki, a dokładniej do produkcji muzycznej, a jeszcze dokładniej: do klejenia bitów. Uważałem, że jeżeli wykształcę się w tym kierunku, będę robił lepszą muzykę, co – z doświadczenia oceniając – minęło się z prawdą (śmiech). A co do historii – była ona typowo hollywoodzka…

    Jako jedna z nielicznych ekip w kraju zaczęliście solennie promować dubstep, zarówno jako DJ-e – ale może przede wszystkim – jako kolektyw producencki. Słyszałem ostatnio, że nie każdy DJ może być dobrym producentem i vice versa. Prawda to?

    Fio: Tak, jak nie każdy Turek robi dobry kebab (śmiech)  A na poważnie, według mnie to właśnie doświadczeni DJ'e produkują najlepsze numery. Bierze się to z tego, że grając setki imprez doskonale wiedzą, co rusza publikę i mimowolnie nabierają wyczucia do bangerów. Oczywiście nie mówimy tu o grajkach żywcem wziętych z dyskotek szkolnych i studniówek. Producenci z reguły przechodzą dłuższą drogę do bycia dobrymi DJ'ami.

    Auer: Zdecydowanie prawda! Ja na przykład nie uważam siebie za DJ'a. Określenie SLEKTAH bardziej mi pasuje. Generalnie DJ, a producent, to dwie kompletnie różne dziedziny.

    Du:It: Można to również skrócić do stwierdzenia, że nie każdy DJ może być dobry. Nie musi być wcale, ale może. Dobremu DJ'owi ułatwia w produkowaniu to, kiedy widzi, co ludzie czują na parkiecie, jeżeli oczywiście chce robić muzę, przy której ludzie się dobrze bawią. Jeżeli nie, to doświadczenie producenckie na niewiele mu się zda. A co do sytuacji odwrotnej, jestem w stanie się zgodzić z powyższym stwierdzeniem.

    Pozostając przy temacie produkcji, chyba najwięcej do powiedzenia ma w tym temacie Auer. Chciałbym byś opowiedział, jak doszło do współpracy z Pezetem oraz wspólnego nakręcania imprez. Pezet stosunkowo niedawno zafascynował się dubstepem, ale jak się okazuje z szumnych zapowiedzi, na jego solówce ten nurt będzie dodatkiem.

    Auer: Do współpracy doszło dość klasycznie, czyli: słyszał jakieś moje rzeczy w necie, głównie z EPki wydanej dla Fullmel Recordings i z Myspace’a. Wpadł na bibkę, na której gościnnie grałem seta. Wspólny ziomek nas poznał i poprosił o jakieś bity na nowa płytę. Potem wpadłem do studia i szybciutko sie dogadaliśmy co do kolaboracji.

    Lordz Team, mimo wszystko, nie opiera się tylko na jednym gatunku. Fio mocno jara się elektro, a wspierający Was MC Shot:One podnosi sobie ciśnienie Dope D.O.D, jak i Foreign Beggars. Można przez to rozumieć, że kiedy przyjdzie czas na release własnych produkcji, możemy się spodziewać zróżnicowanego materiału?

    Fio: Zdecydowanie tak. Różne gatunki, aczkolwiek jeżeli już dojdzie do releasu, to będzie utrzymywał spójną całość. Jednak w najbliższym czasie release nie jest dla nas najwyższym priorytetem.

    Du:It: Co do mnie, to dubstepem zajarałem się w sumie najpóźniej ze wszystkich z ekipy. Zawsze miałem bzika na punkcie takich ludzi jak Flying Lotus, Shlohmo, Nosaj Thing całej sceny LA Beats i nadal jest to moje oczko w głowie. Muza, którą produkuję oscyluje nieopodal takich brzmień. Chciałbym grać też takie dźwięki, lecz niestety, nie jest to do końca muza do skakania, więc gram ją jedynie wtedy, gdy już wszyscy opuszczą klub, chłopaki siedzą przy barze, a ja – dla własnej przyjemności – sprawdzam te bity na nagłośnieniu mocniejszym niż domowe.

    Auer: O ile w ogóle dojdzie do wspólnego wydawnictwa! (śmiech) Każdy z nas jara się nieco inną muzą, choć wszyscy uwielbiamy elektronikę.

    Korzystacie z konkretnego oprogramowania firmy Ableton. W odróżnieniu od Traktora bądź innych programów do miksowania, Ableton wymaga znajomości inżynierii dźwięku, a przynajmniej – jej podstaw. Dzięki temu oprogramowaniu wcześniej przygotowujecie sety i macie „pełną kontrolę”. Wynika to z perfekcjonizmu?

    Auer: W moim wypadku to chyba fakt, że w ogóle nie wyłączam Abletona na laptopie. Poza tym wygodniej jest, jeśli produkujesz muzę i grasz z tego samego programu. Dzięki temu triki producenckie przenosisz do seta, który grasz.

    Fio: Nie do końca wymaga on znajomości inżynierii dźwięku (chyba że chcemy w nim tworzyć własne efekty, syntezatory itp.), ale taka wiedza na pewno się przydaje. Głównym powodem, dla którego gramy z Abletona jest fakt, że produkujemy muzę właśnie na nim i ten program mamy opanowany do perfekcji od lat i zamiast uczyć się kolejnego programu (Traktor), zaczęliśmy kombinować nad funkcjonalnością Abletona do grania live (a do tego pierwotnie został stworzony). Okazało się to rewelacyjnym rozwiązaniem, bo sety możemy dopracować do perfekcji, przearanżowywać tracki, remiksować na żywo  i – tak jak mówisz – mamy pełną kontrolę nad wszystkim. Wielkim minusem w stosunku do Traktora jest to, że złożenie seta na Abletonie, to kupa poświęconego czasu w domu. Traktor po prostu włączasz i grasz. Niedługo ITCH ma być kompatybilny z Abletonem, więc prawdopodobnie przerzucimy się na tę kombinację i wyciśniemy z niej wszystko, co się da.

    Du:It: Wynika to z tego, że wszyscy jesteśmy producentami, robimy muzykę na Abletonie, tam ją obrabiamy i każdy z nas zna ten program jak własną kieszeń. Stworzymy na nim dosłownie wszystko, co daje nam duże możliwości w grze na żywo. Grając na deckach niestety nie masz możliwości zagrać kilku nowych bootlegów, które przygotowałeś 2 godzinki wcześniej, przed wejściem na scenę, albo nie zmiksujesz 4 tune’ów razem. Wszytko prowadzi do tego, że odpowiedź na Twoje pytanie jest następująca: wynika to z tego, że chcemy grać najlepiej i najciekawiej, jak tylko to możliwe, na co pozwala nam Ableton.

    Obrazek

    W wywiadach z Wami często pojawia się motyw zagrychy. O co dokładnie chodzi? (śmiech)

    Fio: Wszystko wzięło się z mojego wewnętrznego luzu i nieprzejmowania się powagą wypowiedzi. W jednym wywiadzie zapytany o powstanie The Lordz odpowiedziałem, że z Auerem słuchaliśmy dubstepu i tak „od wódeczki do wódeczki, od kabanoska do kabanoska” powstało The Lordz. Ogłosiliśmy wewnętrzny konkurs między nami, że każdy do wywiadu musi przemycić alkohol i zagrychę (swoją drogą polecam też wódeczkę pod musztardę i kiełbadron o 5 rano na ławce w parku na Żoliborzu, z gramofonem na baterie). Motyw tak się przyjął, że mamy zamiar wypuścić serię koszulek „Od wódeczki do wódeczki, od kabanoska do kabanoska”.

    A skoro mowa o dodatkach. Swego czasu byliście wspierani przez J&B. Zamiłowanie do alkoholu jest oczywiste, ale co z promocją The Lordz Team w parze z J&B? Temat definitywnie ucichł?

    Fio: Współpraca trwa nadal i dopiero się rozkręca. Start A Party już promuje nasze imprezy, powoli wchodzimy na tor oficjalny, ale jeszcze trochę czasu musi minąć.

    Auer: Współpraca z J&B trwa i ma sie dobrze. Ja i Pezet robimy polską akcję CITY REMIX, polega na tym, że ludzie nagrywają dźwięki miasta o różnej tematyce i wysyłają nam. My wybieramy najciekawsze i na końcu tworzymy wspólny kawałek z wykorzystaniem tych dźwięków. Moim zdaniem to zajebista akcja, no a jak przy tym leje sie bardzo dobra whisky…

    Dla promocji własnych imprez zaadaptowaliście jedną ze scen „Ojca Chrzestnego”, w której to zapraszacie matki, żony i córki na melanż. Kto wpadł na ten pomysł i czyj głos słyszymy w filmiku? Poza tym – matki, żony i córki na raz to nie za dużo? (śmiech)

    Fio: Na sam pomysł zaadaptowania „Ojca Chrzestnego” wpadł Du:It, główny motyw zmelanżowania córki podrzucił nasz serdeczny ziom Skura. Dialogi rozpisaliśmy wszyscy, zachowując pastisz polskich tłumaczeń, a do końca zrealizowałem to ja i Du:It. Głos, który słyszymy należy do Piotra Borowca – pierwszego głosu HBO – niesamowicie pozytywnego i przemiłego człowieka, którego pozdrawiam serdecznie. Pomysł mu się spodobał, więc przeczytał promo po koleżeńsku. Planujemy serię kilku filmów z wszystkimi najlepszymi polskimi lektorami, tyle mogę zdradzić. A co do matek, żon i córek – nigdy za wiele!

    Du:It: Jak zwykle dobre pomysły rodzą się na dobrych imprezach. Tak było i tym razem. Z tego co pamiętam, wpadłem na to ja, a następująco spotkaliśmy się – ja, Fio, Auer + Skura, któremu bardzo dziękujemy za duży wkład i „od kabanoska do kabanoska” napisaliśmy dialogi. Fio nagrał pana Piotra i ciach!

    Dzieliliście scenę m.in. z Jazzsteppa, RSD, a wkrótce również z Borgorem. Czego – i czy w ogóle – możecie się nauczyć od takich sław? Oprócz cieszenia się fejmem (śmiech)

    Du:It: Chyba tego, żeby jak najwięcej…. A w zasadzie to niczego (śmiech).

    Fio: Chyba tylko chlania na umór, chociaż to może oni od nas. Breakage, gdy graliśmy przed nim Live Act jako The Lordz, pytał nas, co to za numery, Jazzsteppa to live band, więc nic nie mogliśmy wynieść do naszego grania. Zobaczymy, jak będzie z Borgorem.

    Auer: Ja przede wszystkim uczę sie kontaktu z publicznością, podtrzymania atmosfery. Z technicznych zagwozdek raczej nic nie zaskakuje, każdy gra z laptopa.

    Czy według Was możemy mówić o konkretnej scenie dubstepowej w Polsce? Tradycyjnie jak to bywa z muzyką, dotarło to do nas (masowo) stosunkowo późno, toteż ciekaw jestem Waszego zdania.

    Auer: Sam nie wiem czy możemy mówić o SCENIE. Jest kilka doskonałych ekip, które robią i grają te same gatunki, co my, ale nie wiem, czy to się nazywa scena (śmiech)

    Du:It: Cały czas w sumie się zastanawiam, czy ten nurt dotarł już do nas tak na 100%, czy może już przemija, a może w tym momencie np. jest bum na dubstep w naszym kraju. Ostatecznie nie dochodzę do żadnego wniosku. Pomimo, że na nasze imprezy przychodzi dużo ludzi, nie mogę nawet stwierdzić, czy ta muzyka jest jeszcze niszowa czy już nie. Resztę powie Fio, bo to bardzo mądry chłopak.

    Fio: Mądry i przystojny (śmiech) Kolektywy DJ'skie mamy silne, jak np. My Head Is Dubby, Dub Lovin’ Criminals, czy Junkie Punks. Ostatnio też będąc w Katowicach na Borgore, byłem pod dużym wrażeniem PZG. Jednak w kwestii producenckiej to nadal jest u nas marnie. Polacy dają radę w dubstepowych rootsach, ale wixy i dobrych wiertar to raczej nikt nie potrafi wykręcić.

    Graliście zarówno na festiwalach – Era Nowe Horyzonty, Ostróda Reggae Festival, ale przeważnie gościcie w klubach. Za granicą również, bo mieliście okazję zabawiać publiczność na Ibizie. Gra na otwartej przestrzeni zasadniczo różni się od klubu? Mam tutaj na myśli aspekty zarówno techniczno-sprzętowe, jak i to, jak prezentuje się kontakt z publicznością.

    Du:It: Między tymi imprezami odczuwam jedynie taką różnicę, że na świeżym powietrzu (przy dobrej pogodzie) wszyscy czują się lepiej, bo komu nie jest piękniej w krótkich gaciach, z drinkiem w ręku, pod czyściutkim niebem. Najlepiej, żeby obok jeszcze była plaża, co za tym idzie – my, jak i słuchacze, mamy większą ochotę na grubszą imprezę. Takim to sposobem wszyscy wracają do swoich domów piechotą o 8 rano, w ręku trzymając drinka, który – masz nadzieję – nigdy się nie skończy. Ależ mi się chce lata!!!

    Fio: Otwarte przestrzenie mieszczą dużo więcej ludzi, więc wrażenie jest dużo lepsze. Na Ostródzie, na terenie Green Stage, mieściło się więcej ludzi niż pomieści niejeden klub. Plusem jest to, że festiwalowicze non stop  chcą słuchać muzyki, więc na tłumy mogą liczyć także zespoły, które grają o 17:00. W klubach nie zobaczysz wielu ludzi przed 23:00. Kontakt z publicznością jednak trzymamy zawsze tak samo dobry, zarówno w klubach, jak i na otwartych przestrzeniach, różnica jest tylko w ilości publiki. Technicznie – festiwale dają większy komfort. Każdy artysta ma miejsce, żeby rozstawić sprzęt, wszystko jest zapięte na ostatni guzik, a także nagłośnienie jest nieporównywalnie lepsze niż w warunkach klubowych. W klubach niestety rzadko się zdarza, żeby organizatorzy naprawdę zadbali o przestrzeń na rozstawienie sprzętu, więc nieraz musieliśmy wystawiać graty na sprzęt DJ'om grającym przed nami support, bo po prostu organizator pomyślał, że na stole długości zwykłego biurka zmieszczą się 3 komputery, sterowniki MIDI i karty dźwiękowe oraz dodatkowo sprzęt rezydentów klubowych.

    Auer: Ja zdecydowanie wolę grać na otwartej przestrzeni. Aspekty techniczno-sprzętowe raczej się nie różnią. Ja na każdy występ jestem w stanie zapakować się do plecaka. Laptop, 2-3 kontrolery, interfejs audio + słuchawki – i w drogę. Za to nie ma to, jak skoczyć do wody po ostatnim dropie.

    Plany na zbliżające się miesiące?

    Fio: Zaprezentowanie The Lordz Team jako imprezową markę, dłuższa trasa promocyjna, wypuszczenie koszulek, a w przyszłości także organizacja najlepszych imprez z zagranicznymi gwiazdami.

    Du:It: Dla The Lordz Teamu – letnie festiwale! Osobiste -  EPka.

    Auer: Zdecydowanie produkcja, produkcja i jeszcze raz – produkcja. Aktualnie szykuję kilka nowych remiksów, miedzy innymi dla jamajskiej ekipy Equiknoxx, a poza tym powoli zabieram się do swojej płyty.

    Dzięki za rozmowę i do zobaczenia.

    Autor: Grzegorz „Chain” Pindor
    Źródło: popmag.pl

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    3892862
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.