Przygoda z dyskoteką

    Było to sobotnie popołudnie, kiedy szedłem do Domu Kultury na zajęcia plastyczne w moim rodzinnym mieście.

    Po zabawie z pędzlem i farbami z radością opuszczałem placówkę kultury i wtedy moje uszy zarejestrowały duże natężenie decybeli. Poszedłem w kierunku radiacji dźwięku i zobaczyłem niewielką salę, tłum tańczących ludzi, migające światełka i dwóch ludzi skupionych przy magnetofonach. Pomiędzy nimi stało duże pudło, z którego pochodził ów mocny dźwięk. Jeden z nich co chwilę mówił do mikrofonu. Posiedziałem, popatrzyłem, posłuchałem i poszedłem do domu. Ach! Po drodze przeczytałem plakat:

    – „Dyskoteka – sobota godz. 17.00 – 21.00. Dom Kultury”

    Był to rok 1974, miałem 10 lat i pierwszy raz zetknąłem się z taka formą zabawy. Owszem, była inna niż wszystko, co do tej pory widziałem, ale interesująca. Moje starsze rodzeństwo szybko mi wytłumaczyło, co to jest dyskoteka, po co mikrofon, głośniki, światełka. Już trudno dochodzić czy ta forma zabawy złapała mnie czy ja ją. Jednym słowem zaczęliśmy się lubić. W szkole podstawowej szkolne dyskoteki były moim udziałem. Totalna amatorka. Będąc w liceum, zacząłem kolekcjonować płyty, a w wolnych sobotnich popołudniach chodziłem do młodzieżowych klubów. W pewnym tygodniku przeczytałem bardzo obszerny i jak dla mnie profesjonalny artykuł na temat dyskoteki, DJ’ów, całej struktury. Wiedziałem już, że DJ gra z czarnych płyt – singli lub maxi singli, które odtwarzane są przez gramofony bardzo profesjonalne i bardzo drogie. W domu miałem Fonomastra, był duży i ciężki. Wstępne próby wykazały jego zalety do pracy w dyskotece. Jednak potrzebne były dwa, więc był problem. Mój kolega miał zbędnego Emanuela i z niego z upływem czasu stworzyłem namiastkę profesjonalnego gramofonu. Koszty przeróbek nie były duże, więc kupiłem drugiego Emanuela. W obu gramofonach wymieniłem ramiona na te z Fonomastrów (z czasem zastąpiłem prostym od Altusa). Zrobienie pitch controli było zadaniem bardzo prostym. Do fabrycznego talerza dołożyłem drugi aluminiowy. Paski posmarowałem świeczką, co zapewniło lepszy napęd. Namiastkę miksera kupiłem na giełdzie. Mając taki sprzęt i kilka singli rozpocząłem próbne testy. Wiedziałem, że piosenki należy zmiksować czyli połączyć. Najprostszą metodą była zakładka, ale wiedziałem, że można je połączyć w bardziej dokładny sposób tylko nie wiedziałem jak. Miksowanie „na zakładkę” było bardzo proste. Start moich gramofonów był szybki i należało odczekać do chwili, kiedy piosenka się kończyła tzw. wyciszeniem. Zupełnie przypadkowo odkryłem, że ogromna większość piosenek ma tak wyraźnie słyszalną perkusję, że można ją policzyć. Początki z obliczaniem BPM nie były sukcesem. Nie wiedziałem, że można liczyć do 60 sekund; liczyłem dopóki piosenka się nie skończyła. Później wpadłem na pomysł by wynik BPM podzielić przez czas. To też wiele nie dało. Przyjąłem, że musi być wartość stała czasu dla wszystkich piosenek. Liczyłem do dwóch minut. Okazało się, że między minutą a dwoma różnica jest minimalna. Odkryłem BPM i była to moja tajemnica. Podczas kolejnych testów udawało się synchroniczne połączyć piosenki. Radość przeogromna. Problem powstawał z wokalem. W domu znalazłem podręcznik do nauki muzyki. Z niego dowiedziałem się jak jest zbudowana piosenka, co to jest fraza i jak można ją rozpoznać. Były to czasy, kiedy wszystko było trudno osiągalne, a już taka profesjonalna wiedza była niemożliwa do zdobycia. DJ’e, których znałem, wiedzieli dużo mniej niż ja, choć grali w bardzo dużych klubach i byli dużo starsi. Płyt przybywało (działał Tonpress, Wifon), na giełdzie mogłem kupić single z zachodu. Z czasem trochę się tego uzbierało. Byłem w drugiej klasie L.O. i czasami grałem w klubach młodzieżowych lub przez pół godzinki w zawodowych klubach. Większość DJ’ów doprowadzałem do nerwicy, bo umiałem miksować, a oni dalej na „zakładkę” albo na „ostro”. Większość z nich miała dziwne ucho. Już wpadły w ręce pierwsze maxi single i zabawa robiła się przednia. W radio były programy muzyczne, można było posłuchać, a w sobotnią noc przy odrobinie szczęścia trafiałem na zachodnie radiostacje, gdzie programy prowadzili zawodowi DJ’e. Znajomi będąc na zagranicznych wycieczkach przywozili płyty. Miałem już 40 wyselekcjonowanych singli i 9 maxi. Mogłem nagrać swoją pierwszą zmiksowaną kasetę. Kasetę zabrałem na imprezę. Ludzie bawili się przy niej świetnie, tylko jedna znajoma opieprzyła mnie, że nie ma przerwy między utworami! A to oznaczało, że chłopak nie poprosi do tańca i nie powie dziękuję! I jeszcze po trzecim kawałku nie ma wolnego! I że ona słyszy tylko umpa umpa!

    To „umpa umpa” nasunęło nowe możliwości. Przypuśćmy, że masz dwie piosenki o takiej samej liczbie BPM. Jednak pierwsza ma sekcję rytmiczną opartą tylko na „stopie”, a druga na „stopie i garnku”. Ta druga będzie zawsze w odczuciu wolniejsza niż ta pierwsza. Można manipulować rytmem przy takich samych BPM. Po maturze mogłem zostać zawodowym DJ’em. Należało „tylko” zdać egzamin MKiSZ. „Tylko” oznacza: przeczytaj dużo książek od muzyki poważnej poczynając, a na współczesnej kończąc. Oczywiście nie da się pominąć muzyki rozrywkowej (blues, rock, country itd.). Zapisałem się na kurs w klubie „Pod Jaszczurami”. Tu poznałem DJ Janusza i Grzegorza T. – krytyka muzycznego, a także DJ’a, który jako nieliczny biały grywał w murzyńskich klubach nowojorskiego Bronx’u i cało wrócił do kraju! Zgodnie z niepisaną zasadą egzamin zdałem za drugim podejściem, a za zagranie przygotowanego programu dostałem brawa od komisji. Janusz obiecał, że zadzwoni jak tylko będzie wolne miejsce „Po Jaszczurami’. W międzyczasie dowiedziałem się co to jest scratch. Owszem, widywałem to w wideoklipach, ale początki były mierne. Nie ten sprzęt. Dopiero zmontowanie prostych ramion od Altusów przyniosło rezultaty. Dziś Vestax produkuje takie gramofony i praktycznie proste ramię jest doskonałe do scratching’u. Do tych zabaw potrzebne były slipmaty. Robiliśmy je z flaneli wymoczonej w krochmalu. Jak na kraje bloku wschodniego, DJ’e z Polski byli prawdziwą elitą. Miałem sposobność oglądać innych w Czechosłowacji, na Węgrzech. Ich poziom był naprawdę niski.

    Zostałem zaproszony do „Jaszczurów”. Klub ten w latach 80-tych należał do elitarnych. Nagrody przyznawane za działalność kulturalną były imponujące. Ogólne założenia dotyczące programu dyskoteki były następujące: dużo muzyki czarnej, wzbogaconej o elementy R’N’B, jazzu, swingu. Aktualności były przecedzone przez sitko. W odwodzie powstawało archiwum z bardzo konkretną klasyką. Z czasem wyzbyłem się tremy i radziłem sobie coraz lepiej. Przez te kilka lat poznałem wielu DJ’ów z Niemiec, Szwecji, Anglii, USA, Holandii, Kanady, Grecji. Te znajomości umożliwiły mi otrzymywanie płyt na czasie, a czasami wcześniej niż ukazywały się w sklepach (tzw. promo). Mając finansowe możliwości dopiąłem swego. Dwa SL 1200 + Stantony 500 były moje. Wszystko znów zaczęło się od nowa. Nauczycieli nie miałem, wszystko odkrywałem sam (ustawienie ramienia, igły, do scratch’u zajęło mi dwa tygodnie). Nim zdecydowałem się na SL testowałem Thorensa, Numarka, Nickolsa, Soundlaba. Ten ostatni był najtańszy i najgorzej wykonany. Nickols bardzo rzadki. Numark TT – 2400 dużo lepszy od SL, ale wyglądał „jak psu z gardła”. Thorens zbyt drogi. Na mikser Numarka zdecydowałem się po długich wahaniach. Decyzji nie żałowałem. Z „Jaszczurów” przeniosłem się „Blue Box’u”. Był to typowy Night Club. Tu klubowiczów nie było. Inna była zasada doboru piosenek. Głównym elementem oceny piosenki była łatwość jej akceptacji przez tych, którzy przyszli. Owszem, bywały imprezy, kiedy grałem tą najlepszą klasykę, ale bywały i dni, kiedy trzeba było sięgnąć po klasyki Italo Disco. Pamiętaj, nie ma muzyki złej czy dobrej. Problem w tym, czy to co grasz ma odbiorców w tym miejscu. W Night Clubach właśnie tak jest. Dzień do dnia niepodobny. Wczoraj grałeś techno, dzisiaj grasz pop, jutro sięgniesz po rap. Zawsze jeszcze są bywalcy. Przychodzą, pytają, łatwo jest się dostosować, a swoje pięć minut i tak znajdziesz, abyś się dowartościował. I jeszcze jedna ważna uwaga. Na zachodzie DJ raczej nie żyje z grania w dyskotekach. Ich głównym zajęciem są produkcje (miksy, remiksy itd.). Dlatego nie odmawiaj, kiedy ktoś przychodzi i prosi o nagranie zmiksowanej kasety. To też Twoja produkcja. W Blue Box’ie były pokazy mody; trzeba było wybrać muzykę i „obrobić ją”. To także Twoje potencjalne drogi do produkcji. Blue Box’u już nie ma, ale miło wspominam pracowników, właścicieli.

    „Wolność” RMF FM. Klub ten z wielkim trudem rozpoczął działalność. Ciągłe utarczki administracyjno – prawne wiele osób wyprowadzało z równowagi. Jednak dzięki konsekwencji i uporowi właścicieli, przyznano pozwolenie na działalność rozrywkową. Pierwsze kilka miesięcy to szturmowanie wejścia przez rzesze ludzi i sympatyków dyskoteki, oglądaczy i tych, którzy chcieli się pokazać w nowym, modnym miejscu. Muzycznie dyskoteka musiała mieć elementy spójne z obliczem radia. Ogólne założenia dotyczące czwartku i piątku miały charakter gatunkowy. Czwartek więcej rapu i hip-hopu; piątek – house’u i techno. Takie byty ramy dyskoteki stworzone przez Marcina i mnie. Okazało się jednak, że trudno jest to wcielić w życie. Duży klub i dużo ludzi, którzy mają różne potrzeby muzyczne. Wiesz, że nigdy wszystkim nie dogodzisz. Grając wszystko, nie grasz nic. Miejsce traci charakter i staje się zwykłą tancbudą. Klub odwiedzali różni DJ’e. Z Markiem z Niemiec zrobiliśmy pierwsze techno – party. To był rok 1991. Rap miał już swoje standardowe bloki, pojawiła się możliwość wylansowania czegoś nowego. Po tej imprezie pracownicy klubu „obrzucili mnie błotem”. Cóż, jest koniec XX wieku i z tymi gatunkami wejdziemy w XXI wiek. Mając spory potencjał techniczny, zacząłem bawić się w remiksy. Z tego czasu wyszło sporo bardzo udanych produkcji. Nastały czasy reform i w mojej kieszeni też musiała nastąpić reforma. Stał się zbyt drogi. Owszem, Marcin wydawał swoje płyty, ale według mnie niewiele tam było. Kupiłem podwójny CD i reforma przyniosła rezultaty. Przyszedł czas na pierwszy kryzys w klubie. Mniej ludzi, mniej pieniędzy. Frekwencja zawsze spada od pierwszego dnia grania w tygodniu. Dalej przychodzi do następnego aż puka do soboty. W tej sytuacji jest tylko jedno wyjście – zmiany powodują zmiany. Przygotuj zmianę w drugiej i trzeciej godzinie grania, dobierz zupełnie inne piosenki niż były wcześniej. Takich kryzysów klub przechodził pięć i zawsze frekwencja w końcu rosła.

    Reasumując:
    - techniczna perfekcja zawsze jest doceniona w środowisku
    - zasłyszane miksy, remiksy, scratch’e powtarzaj tylko na treningu, a nigdy w czasie dyskoteki. Tym samym unikniesz kpin ze strony środowiska i klubowiczów
    - pielęgnuj kontakty międzynarodowe; Polska to jeszcze nie Europa
    - zgłaszaj swoje pomysły właścicielom lokalu; podparte logiką będą realizowane
    - pamiętaj co to kultura; Discovery czy Animal Planet też warto obejrzeć. Czytaj książki, chodź na wystawy. Rzecz w tym, abyś nie był „głąbem”.

    Warto pamiętać, że otwarcie nowego klubu powoduje przyciągnięcie wszystkich. Musisz odczekać aż ludzie się przewiną i po pewnym czasie możesz wprowadzać bardziej klubowy charakter dyskoteki. Może się okazać, że jest to kolejny klub i w dniu otwarcia następuje selekcja bywalców.

    W.

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    4295791
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.