W cieniu Grand Canari

    Jedna z kanaryjskich legend głosi, że dawniej tamtejsza kobieta, aby zyskać sobie przychylność swego mężczyzny, oddawała się „w prezencie” przybyłym czcigodnym gościom (na ich własne życzenie rzecz jasna), często przybyłym na wyspę władcom sąsiednich państw.

    Dzisiaj też się oddają, choć niekoniecznie po królewsku.

    Gran Canaria. Kraina tysiąca i jednej...piersi. Piersi duże, małe i brak piersi, ale wszystkie piękne, brązowo lśniące i wciąż się dosmażające. Mają czas; do wieczora daleko, a do nocy jeszcze dalej. Bo właśnie w nocy... 

    Jesteśmy w Puerto Rico. Tu życie, prawdziwe życie rozpoczyna się około północy. Mijamy okoliczne puby, zgromadzone jeden obok drugiego w centrum handlowym. Wszędzie naganiacze ze swoim przyklejonym „Hello, how are you”. Przeciskamy się przez ten tłumek, naszym celem jest dyskoteka. Jakakolwiek.

    Jakakolwiek nazywa się Jocker. Zejście po schodach, podziemny parking. Atmosfera iście ściągnięta z filmów gangsterskich. Ale...co tam. Zachęceni przez jednego z „howareyou” , bełkoczącego bez przerwy w sobie tylko znanej angielszczyźnie coś w stylu „happy hour, happy hour”, wchodzimy i... baraniejemy.

    Dyskoteka jest niewielka, ale ładna i elegancka. Żadnych szaleństw w stylu: blachy, blaszki, blaszeczki. Granatowo i ze smakiem. DJ się produkuje, barman nie. I nie ma po co; jesteśmy tu jedynymi gośćmi, więc sadzają nas przy stoliku tuż obok atłasowej kanapo-loży z zachęcającymi różowymi, mięciutkimi, atłasowymi poduszeczkami. Naprzeciwko stolika wisi ogromny telebim, a na nim scenki żywcem wzięte z naszego „Śmiechu warte”. Tak, to zdecydowanie jedyne „szaleństwo” Jockera, jak się później okazuje uzasadnione. Taka tu moda i telebimy wiszą praktycznie w każdej knajpie.

    „Howareyou” znowu przyholował się do nas, tym razem z tacą pełną kieliszków z przezroczystym czymś. To dla nas, tłumaczy, happy hour. I wszystko staje się jasne. Aby zachęcić człowieka, stawiają mu na początek banię (co i tak im się zwróci w horrendalnych cenach napojów wyskokowych) i mają nadzieję, że zostawi majątek w tym, a nie innym miejscu. Takie „happy hour” jest bardzo praktyczne. Można się zalać za darmo, chodząc od knajpy do knajpy i być szczęśliwym przez całą noc. My jako ludzie ogólnie szczęśliwi i optymistyczni postanowiliśmy szukać ludzi, bo przecież gdzieś być musieli. I byli. Na zewnątrz.

    Dopadła nas wielka dziewczyna w koszulce do pępka, krzycząca coś o „happy hour” i o dyskotece o nazwie Space. No cóż, przynajmniej pić dadzą. Space to miejsce równie puste i bezludne jak Jocker. Jest tu ascetycznie, blaszano i jakby „technowato”. Przynajmniej w zamierzeniu. I choć usłyszeć tu można tylko house, dance czy soul i różne tego typu komercyjne kawałki, to klimat i tak pozostaje.

    Tym razem uraczono nas czymś w stylu naszego „kamikaze”, które podał znany nam skądinąd facet. Istny wizjoner. W ciągu kilku minut dowiadujemy się, że pochodzi z Maroko, jego ojciec jest Francuzem, matka Włoszką, on sam mieszka w Hiszpanii i jest właścicielem Space’a na Gran Canarii. Barwna postać... Potem zorientowaliśmy się, że jest po prostu kolegą bramkarza, ale i tak miło się go słuchało. A poza tym oświecił nas co do tutejszych imprez i jak się okazało nie mamy co szukać o tej porze w dyskotece. O tej porze wszyscy siedzą w pubach i nie może być inaczej. Dyskoteki zaczynają się o godzinie trzeciej w nocy i wtedy nieco już podpity tłum schodzi do podziemi, aby się pobawić. I właśnie nad ranem dyskoteki przeżywają swój renesans. Bawią się wszyscy. Mało kto siedzi; na to mieli czas wcześniej, tu przychodzą, żeby się wyszaleć. Muzyka nie ma większego znaczenia, tak więc DJ nie stresuje się ludźmi o niezbyt szerokich horyzontach muzycznych, nastawionymi na hity z radia, co niestety w Polsce zdarza się notorycznie. Jest tylko jedna zasada: nie grają techno. Przynajmniej nie do siódmej rano, bo dopiero o tej porze co wytrzymalsi fani tego stylu mogą poszaleć. Takie ich poranne techno-party trwa do upadłego, a więc jak można się domyślić niezbyt długo, bo upadają dość szybko. Ale i tak zabawa jest przednia. No i oczywiście, jak zapewnia nas Marokańczyk, najlepsze imprezy są w Space. Właśnie zaprosili światowej sławy DJ’a z Hiszpanii. Ponoć jest niesamowity, co postanowiliśmy sami sprawdzić. I rzeczywiście, jak się później okazało, DJ TITTO, bo tak się ów gość nazywał, zasługiwał na miano wielkiego showman’a, a przy tym grał całkiem do rzeczy. Z pokątnych źródeł udało nam się dowiedzieć, że facet bierze za godzinę grania w dyskotece 1000 $, a więc najwyraźniej mocno się ceni. I istotnie światowy z niego gość; grał m.in. w dyskotekach we Frankfurcie, Amsterdamie, Berlinie, na Majorce, Ibizie... I niestety zaraził się chorobą najlepszych: gwiazdorstwem.

    O tym wszystkim przekonaliśmy się nad ranem, ale wcześniej dzięki sugestiom Marokańczyka wylądowaliśmy w pubie Harley-Davidson. I cóż, knajpa jakich niewiele, a szkoda. Na barze stoi oryginalny Harley, wysokie stoliki ustawiono na... dżinsowych spodniach (chyba drewnianych), gdzieś w rogu ogromne lalki-kukły-kowboje, na środku parkiet do tańca, a po bokach dwa mniejsze bary. I oczywiście telebim. Jeden z barów stoi praktyczne w połowie poza knajpą, bo w Harley’u, co zresztą obok telebimów jest charakterystyczne dla tutejszych pubów, nie ma jednej ściany. Po prostu ulokowano tu okrągły bar, a reszta to jedno wielkie wejście. I choć knajpy stoją jedna przy drugiej i w każdej z nich DJ serwuje co innego, muzyka nie nachodzi na siebie i nie miesza się. Oczywiście tu także trafiliśmy na „happy hour” i tym razem poczęstowano nas Tequillą, po kieliszeczku dla każdego. Ale Polak potrafi...Nasze polskie koleżanki wypatrzyły gdzieś na stoliku całą tacę z kieliszeczkami, cytrynkami i solą, a że były za darmo i nikt tego nie pilnował, postanowiły nie marnować cennego „happy...”. Nawiasem mówiąc, w kilka godzin później, po odstawieniu małego show z tubylcami, spały smacznie na stole. Grzeczne małe kobietki z Polski...Takie łatwe i niewymagające.

    Muzyka jak wszędzie. Taka sobie leciutka rąbanka, przerywana paplaniem, śpiewaniem, śmiechem i nieartykułowanymi dźwiękami DJ’a. Oooo... To był dopiero gość. Wielki, ogromny wręcz kolosalny facet o małym imienu: Danny.

    Tak, Danny to luzak. Przyjechał z Anglii, bo na Gran Canarii jest popyt na angielskich DJ’ów. Dostaje 150 $ za noc, dobry hotel, pełne wyżywienie. To norma. Rok temu grał w Tajlandii; płacili słabo (10$ ) , ale miał luksusowy hotel, jedzenie i co noc czekały na niego w łóżku dwie Tajki. Żyć nie umierać! W ogóle Danny kocha wszystko co się rusza, byle było kobietą i wcale się z tym nie kryje, wykrzykując przez mikrofon różne fajne rzeczy.A potem się dziwi, że ta paranoiczna kobieta - jego żona go zostawiła.
    W ogóle na brak chętnych kobiet nie można narzekać. Klimat, wakacyjny luz i beztroska działają destrukcyjnie na morale obu płci. Wszyscy ochoczo oddają się bardziej lub mniej zawoalowanym miłostkom. Kobiety zapraszają mężczyzn na drinka, mężczyźni bywają bardziej konkretni: podchodzi gość, ściąga spodnie i bawiąc się swoimi „klejnotami” mówi „Hello”. Twardziel.

    A Danny się cieszy. Fajni ludzie, fajne kobiety, fajny klimat. Interes się kręci. Jego interess. Bo Danny’emu mało 150 $ za noc i dorabia sobie sprzedając płyty własnej produkcji. Taki angielski pirat, tyle że się z tym specjalnie nie musi kryć. Zarabia nieźle:za jedną składankę bierze 3000 pts (80 PLN). Dla porówniania ceny sklepowe przedstawiają się następująco: vinyl – 1500 pts (40 PLN), maxisingiel – 1500 pts, składanka 2CD (nowości) – 3000/4000 pts (80-100 PLN), składanka (starsza) – 1000/1500 pts (30-40 PLN). W ciągu piętnastu minut w mojej obecności Danny sprzedał osiem płyt, głównie z nowościami. Bez komentarza.

    Jak się okazuje, Danny nie jest główną atrakcją wieczoru, choć przyznać trzeba, że naprawdę się stara i idzie mu całkiem nieźle. Nieistotne jest, że początkowo nikt nie tańczy. On i tak bawi się świetnie, niezależnie czy w pubie jest jedna osoba czy sto. Takie tu panują zasady; DJ zabawia gości czy są czy ich nie ma. Praktycznie knajpa (dyskoteka) może być pusta, a jego i tak musi być słychać. Naprawdę nie jest to łatwe.

    A przed nami najlepsze (tak wieść niesie), czyli męski striptiz. O godzinie drugiej parkiet pustoszeje, tu i ówdzie stoi ochroniarz, a wokół stoi żądny wrażeń tłum. Wrażenia okazują się nader marne, gdy wbiega niepozorny, zadowolony z siebie blondynek i zaczyna przechadzać się wokół parkietu wielkimi krokami. Po kilku okrążeniach nagle przystaje i ściąga dżinsy. Tak po prostu. Zero polotu, erotyzmu czy seksapilu. Znowu kilka okrążeń, urozmaiconych wyciągnięciem z tłumu dwóch pań, podstawionych oczywiście, co można było wywnioskować ze śmiałości z jaką ściągały mu skarpetki. W kulminacyjnym momencie, oczywiście po kolejnych rundach na zmianę z siadaniem na krześle, blondynek błyskawicznie zrzuca malusie slipki, przysłania to o co wszystkim chodziło i zwiewa ze sceny. A za nim... jedna z naszych polskich amatorek darmowej Tequilli. Dopiero teraz jest na co popatrzeć. Brutalny i nieczuły ochroniarz blondynka wytargał ją zza kotary, za którą schronił się bezbronny „artysta”, ciągnąc za włosy, jakby nie miał za co. Po blondynku wystąpił ciemny blonynek, który w ramach układów choreograficznych skakał. Był równie „niesamowity” jak jego kolega.

    I to była ostatnia atrakcja wieczoru w pubie. Przed nami jeszcze dyskoteka, na którą choć nie mamy siły, idziemy razem z niezmordowanym tłumem. Już nie ma „happy hour”, bo nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać. Wchodzimy. Tańczymy. Ze wszystkimi. Do upadłego. Do rana. Jak było? To po prostu trzeba zobaczyć, usłyszeć, wczuć się i... oszaleć. I czekać na kolejną noc.

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    3785322
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.