Reklama

    Na fonograficznym dnie

    Złota Płyta przyznawana jest w Polsce za 15 tys. sprzedanych płyt, zbyt mało ciekawych debiutów i festiwale za grube miliony, po których nie pozostaje żaden przebój - oto z grubsza obraz polskiej fonografii.

    Jak do tego doszło?

    Pytamy tych, którzy po 1989 r. współodpowiadały za polski rynek muzyczny - Katarzynę Kanclerz i Andrzeja Puczyńskiego.

    - Ludzie mają już dość tej papki młóconej na okrągło przez wszystkie stacje radiowe - ocenia Puczyński, szef Związku Producentów Audio Video. Wcześniej był producentem muzycznym, współtworzył Izabelin Studio, przez wiele lat szefował wielkim wytwórniom płytowym, najpierw PolyGram, potem Universal.

    Z kolei Katarzyna Kanclerz zasłynęła na początku lat 90. jako wpływowa menedżerka, łowca talentów i dyrektor artystyczny najpierw w Izabelin Studio, potem w PolyGramie i Universalu. Współuczestniczyła w sukcesach całej armii polskich wykonawców - od zespołu Hey i Kasi Kowalskiej po Ich Troje i Mandarynę. W show-biznesowym światku krążyły legendy o jej umiejętnościach zamieniania dowolnego artysty w gwiazdę, ale i żelaznej ręce, jaką prowadziła muzyków. Od kilku miesięcy nie pracuje już w żadnej wielkiej wytwórni - rozkręca działalność producencką na własną rękę.

    Jestem współwinna - rozmowa z Katarzyną Kanclerz

    Robert Sankowski: Jaki jest dzisiejszy polski rynek muzyczny?

    Katarzyna Kanclerz: Wykonawcy dziś albo za wszelką cenę chcą zaistnieć - aby to osiągnąć, gotowi są pisać muzykę nieomalże usługowo - albo tak strasznie pilnują, aby to, co robią, broń Boże nie było choć trochę komercyjne, że też posuwają się do jakichś absurdów.

    Mam wrażenie, że i artyści, i my się pogubiliśmy. Być może to naiwne myślenie, ale pamiętam takie czasy, gdy zespół przychodził do nas z płytą, bo gdzieś tam, grając na próbach czy koncertach, przygotował sobie materiał. I nikt nie analizował, po co ta płyta została napisana. Bo ta muzyka sprawiała tym ludziom frajdę i dlatego powstała.

    Czyli firmy płytowe też popełniły błędy.

    - Tak. Nie można szukać winy tylko u innych.

    Jaki był główny grzech polskiej fonografii? Za bardzo uwierzyła w magię wielkich nakładów i poszła przez to w kierunku muzyki pop?

    - Poczuwam się do winy, ponieważ przez długi czas nie potrafiłam zrozumieć, że media nie są wyznacznikiem prawdziwych gustów publiczności. A one są wyznacznikiem tego, czego chcę słuchać, gdy jadę samochodem. Ale to nie znaczy, że chcę kupić płytę z taką muzyką i będę jej słuchała także w domu. Być może jest tak, że w samochodzie większość z nas chce słuchać tylko takiej muzyki, która im nie przeszkadza. I nie przeszkadza też reklamodawcy, który wykupuje czas antenowy.

    Tak strasznie walczyliśmy, aby zaistnieć w najbardziej korzystnym czasie antenowym, że przestaliśmy zastanawiać się, czy naszą ambicją rzeczywiście jest produkowanie wypełniaczy między reklamami. A do tego sprowadziła się nasza działalność.

    Dziś uważam, że gdy po raz pierwszy w jakichś rozmowach ze stacjami radiowymi usłyszeliśmy zdanie: "Bo w badaniach wyszło, że..." powinniśmy się uśmiechnąć i robić dalej swoje, wciąż dając szansę tym, którzy w tych badaniach wypadali źle.

    No i doszliśmy do miejsca, w którym Złotą Płytę przyznaje się za 15 tys. sprzedanych egzemplarzy.

    - Ale z drugiej strony mamy też rozwijające się radiowe stacje rockowe. Proporcjonalnie takie właśnie rozgłośnie zanotowały w ostatnim roku największy wzrost udziałów w rynku.

    Nie chciałabym być źle zrozumiana - nie mówię tu niczego, co byłoby jakąś złą recenzją stanu polskich mediów. Po prostu trzeba zrozumieć, że one mają swój biznes, który starają się realizować jak najlepiej według swoich zasad. My zaś - nawet nie same firmy płytowe, ale generalnie właściciele materiałów muzycznych, twórcy - mamy swój biznes. Jeśli te biznesy gdzieś się spotykają, to byłoby super.

    Tymczasem my coraz niżej kłanialiśmy się mediom. One nawet nas do tego nie zmuszały. Myśmy sami ustawiali się do nich w kolejce, coraz bardziej ochoczo zmieniając zawartość naszych płyt, mimo że nikt nam nie kazał tego robić. To było niewolnictwo na własne życzenie.

    Czy to, co się dzieje w Polsce, jest wyjątkowe?

    - Borykamy się z tymi samymi problemami co Niemcy czy Francuzi. Chodzi mi głównie o tzw. nowe media. Zostało nam co prawda sporo nawyków z poprzedniej epoki. Gdy pościągamy pliki z internetu, to potem - nie tak jak Niemcy czy Francuzi - niekoniecznie idziemy do sklepu, aby kupić całą płytę. Może i skala pewnych zjawisk jest w Polsce mniejsza. Ale ich przewidywalność jest taka jak w Niemczech. Wszyscy stoimy na rozdrożu.

    Boomu nie było - rozmowa z Andrzejem Puczyńskim

    Jak się Pan czuje w kraju, w którym Złotą Płytę przyznaje się za 15 tys. sprzedanych egzemplarzy?

    Andrzej Puczyński: Nie najlepiej. Ale tak się stało. To nie jest do końca wina artystów i przemysłu muzycznego. W tej chwili sprzedać 15 tys. to naprawdę niezły rezultat. Powiem w ten sposób: sprzedaż muzyki spadła chociażby z tego powodu, że dziś nie ma już kaset. Hey sprzedał 600 tys. pierwszej płyty, Wilki czy Varius Manx uzyskiwały podobne nakłady, ale jednocześnie trzeba też wiedzieć, że 90 proc. tych nakładów stanowiły kasety.

    Nasze wspomnienie boomu muzycznego początku lat 90. jest więc wypaczone?

    - Tak. Wytworzył się regularny przemysł muzyczny. Firmy dostały know-how z Zachodu. Zaczęły kalkulować i wtedy wyszła na jaw prawda o stanie i rzeczywistych możliwościach naszego rynku. Mnie to nie dziwi. Tendencja spadkowa nie dotyczy tylko nas. We Francji zredukowano próg Złotej Płyty do 75 tys. A francuski rynek jest wielokrotnie większy od polskiego. W Niemczech czy Austrii spadki nakładów płyt rekompensowane są sprzedażą MP3 oraz dzwonków do komórek. U nas ta sprzedaż jest na razie marginalna.

    Od wielu lat we wszystkich dyskusjach na temat polskiego rynku powraca temat piractwa. Ale światowa organizacja fonograficzna IFPI nie wymienia już nas w gronie najgroźniejszych piratów. Wspomina za to o Hiszpanii czy Grecji.

    - Piractwo fizyczne, sprzedaż płyt na stadionach, to zwykłe złodziejstwo i bandytyzm. Z nim trzeba bezwzględnie walczyć. Choć tak naprawdę dla przemysłu muzycznego bardziej niebezpieczne są tak zwane private copies. Obyczaj, że w klasie jedna osoba kupuje płytę, a inne sobie od niej odgrywają. Tyle że moim zdaniem to nie jest piractwo. Raczej kwestia braku świadomości czy pieniędzy. To jest kwestia długotrwałej kampanii uświadamiającej oraz wzrostu zamożności ludzi.

    Musi być spełniony jeszcze jeden warunek: legalne serwisy muzyczne muszą być proste. Taki iTunes jest genialnie prosty. U nas kupowanie muzyki w sieci jest wciąż skomplikowane. Nie mamy też dostępnych pełnych katalogów wykonawców. To najważniejsze zadanie, jakie stawiam przed sobą - udostępnić muzykę.

    Jaki udział w sytuacji na rynku mają radia i telewizje, które utonęły w playlistach tworzonych na podstawie badań rynkowych i kompletnie zatraciły różnorodność?

    - Na początku lat 90. stacje radiowe grały różną muzykę, bo prezenterzy realizowali autorskie programy. Teraz media często chcą mieć artystów na wyłączność. Jedna telewizja obraża się na muzyka, bo wystąpił w konkurencyjnej stacji. I za karę w ogóle go nie gra. To chory system. I niebezpieczny. Nikomu nic nie daje, za to deprecjonuje artystę. Stacje radiowe - zwłaszcza te największe - chcą grać tylko taką muzykę, która sprawdziła się gdzie indziej. Te wszystkie badania, formaty, które przejęliśmy z Zachodu, w pewnym momencie zaczęły być traktowane jak bożek. Tymczasem nikt nas nie zwolni z samodzielnego myślenia. Badania należy traktować tylko jako pewnego rodzaju informacje pomocnicze. Chociażby sukces Antyradia świadczy o tym, że ludzie mają już dość tej papki młóconej na okrągło przez stacje. Istnieją ogromne możliwości prezentowania muzyki ciekawszej, ambitniejszej bez utraty słuchalności. Wkrótce się o tym przekonamy. Okres zachłyśnięcia się badaniami słuchalności odchodzi w przeszłość. Bo jak robi się takie badania? Puszcza się grupie focusowej 15-20 s piosenki i pyta, czy się jej podoba. Robiliśmy czasem takie żarty że wysyłaliśmy do stacji ten sam numer tej samej wykonawczyni, tyle że inaczej opisany. I ta piosenka w jednym badaniu przechodziła, w innym nie. Warto pamiętać, że czasem warto zaryzykować w artystę oryginalnego, choć niesprawdzającego się w badaniach.

    Rozumiem, że Pana zdaniem sytuacja na polskim rynku jest efektem momentu przejściowego dla całego show-biznesu.

    - Musimy sprawić, aby pieniądze z mediów elektronicznych spływały do artystów tak samo, jak za płyty sprzedawane w sklepie. Z jednej strony trzeba obłożyć producentów elektroniki i dzwonków telefonicznych tymi samymi obowiązkami co firmy fonograficzne.

    Z drugiej - przełamać nieufność fonografii wobec nowych mediów. Wtedy - gdy połączymy sprzedaż fizyczną i elektroniczną - będziemy mogli znów ustawić progi na europejskim poziomie. Według mnie powinno być to dla Polski jakieś 50 tys. egzemplarzy na Złotą Płytę. Bo według badań Polacy korzystają dziś z muzyki na tym samym poziomie co Niemcy czy Francuzi. Może nie zdobywają jej do końca legalnie, ale interesują się tą muzyką tak jak inni Europejczycy. I to jest powód do dumy, bo oznacza, że muzyka, którą robimy - bez względu na to czy jest bardziej popularna, czy wysublimowana - jednak dociera do ludzi.

    Rozmawiał Robert Sankowski

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    3971029
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.