Reklama

    "Ochrona" w klubach. Czy możemy czuć się bezpiecznie?

    Miniaturka

    Ochroniarze w warszawskich klubach uważają się za bezkarnych, dlatego nagminnie przekraczają swoje kompetencje. Wtórują im selekcjonerzy, którzy leczą swoje kompleksy na imprezowiczach. Apeluję - dosyć samowolki, tym problemem powinno zająć się miasto!

    Ostatnio wiele mówi się o ochronie biur poselskich. Telewizja pokazuje VIP-owskich goryli od jak najlepszej strony. Na rynku są jeszcze zupełnie inni ochroniarze - ci pracujący w klubach. To nie jest wdzięczny zawód. Nie dość, że trzeba użerać się z pijanymi klientami, to w dodatku kiepsko za to płacą. Nie tłumaczy to pracodawców, którzy idą po najmniejszej linii oporu. Nierzadko zdarza się, że nie zapewniają im licencji ochroniarskiej, a czasami nawet nie sprawdzają przeszłości zatrudnianych mężczyzn. Bywa więc, że ochroniarzami zostają ludzie z wyrokami.

    Zdjęcie

    W niektórych lokalach (i to niekoniecznie podrzędnych) ochrona traktuje imprezowiczów niewiele lepiej niż bydło tylko dlatego, że czekają w tłumie i proszą o możliwość wejścia do lokalu. Zdarza się też, że ochroniarze mają manierę wielkopańską. Jeśli ktoś wyjdzie na chwilę z klubu i podniesie barierkę chcąc z powrotem wejść, za karę musi odstać kilka minut przed wejściem, dopóki wielmożny pan bodyguard kiwnie głową na znak, że zmarznięty klient może przekroczyć próg.

    Jednak prawdziwym problemem jest nieuprawniona agresywność ochroniarzy. Kilka dni temu podczas imprezy w pewnym znanym klubie pokazywałem miejsce, w którym kiedyś robiono mi zdjęcia. Wnętrze położone jest obok toalet, ale pomalowano je na czerwono i wypełnione wielkimi lustrami dającymi wrażenie przestronności i głębi. Kiedy dotknąłem drzwi do garderoby, wyrósł przede mną łysy typ w czarnym płaszczu. To był ochroniarz, który prawdopodobnie nie wiedział kim jestem. Na siłę szukał powodu do zaczepki. Skończyło się na bezsensownej wymianie zdań, bo sytuacja wydała mi się absurdalna. 

    Wiele znanych stołecznych klubów znajduje się na ulicy Mazowieckiej. Tam niedawno moi znajomi zostali zaatakowani przez pilnujących jeden z klubów. Kiedy nie chciano wpuścić ich do środka, jeden z nich rzucił przekleństwo w stronę ochroniarza. Nagle pojawiło się trzech gachów, którzy skopali jednego, a drugiemu przetrącili kolano. Tym samym złamali prawo. Po pierwsze ochroniarze nie mogli stosować napaści, bo tamci ich nie zaatakowali. Po drugie zdarzenie odbyło się poza lokalem, który ochraniali. Takie sytuacje zdarzają się często, bo ochroniarzom nagminnie „puszczają nerwy". Właściciele lokali przymykają na takie sprawy oko, tak samo jak policjanci, którzy przecież mają ważniejsze rzeczy do roboty.

    Innym problemem są selekcjonerzy. Oczywiście, w klubach potrzebny jest przesiew klientów. Natomiast stojący na bramce niech kierują się racjonalnym kodeksem, a nie swoim własnym widzimisię. Tymczasem takie osoby uważają się za bogów kompetentnych do powierzchownej oceny klientów i decydowania kto wchodzi do lokalu, a kto odpada. Jeśli zażądają enigmatycznej „karty klienta", wiadomo że możesz iść dalej w poszukiwaniu następnego klubu. Czasami robią ludziom krzywdę. Znany jest przypadek, kiedy selekcjoner nie wpuścił do budynku łysego chłopaka. Okazało się potem, że ów chłopak był po chemioterapii. Nic dziwnego, że selekcjonerzy są znienawidzeni przez rzesze klubowiczów. Nierzadko po zakończeniu „kariery" odźwiernego ze wstydem opuszczają Warszawę, a nawet zmuszeni są wyjechać za granicę.

    Autor: Robert Patoleta 

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    3885061
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.