Reklama

    Słynne duety - strzał w dziesiątkę czy porażka?

    MiniaturkaSą takie płyty, których powstania nikt by się nie spodziewał. Są artyści, którzy serwują nam niespodzianki prawdziwie niezwykłe, wpisujące ich w historię muzyki na zawsze. Taką niepowtarzalną świeżość i magię mogą wprowadzać duety z innymi muzykami. Tym, o których będę pisać, udała się rzecz niezwykła – połączenie ścieżek zmierzających dotąd w zupełnie innych kierunkach wyniosło ich na szczyty list przebojów.

    Pozornie najbardziej ryzykowną wydaje się być współpraca tych artystów, którzy na co dzień zajmują się zupełnie odmiennymi gatunkami. Jednak nie zawsze tak to wygląda. Ich przywilej tkwi w tym, że nietrudno im będzie zaskoczyć przeciętnego odbiorcę. Dużo trudniejsze zadanie staje przed docenionymi wcześniej megagwiazdami, które poprzez współpracę próbują osiągnąć coś jeszcze genialniejszego aniżeli dotychczasowy dorobek. Trudno powiedzieć, czy poniżsi artyści „przeszli samych siebie”, ale nie da się ukryć, że singiel „Say say say” w wykonaniu Michaela Jacksona i Paula McCartneya, dał im miejsca w czołówce list przebojów na całym świecie, w tym numer jeden na liście magazynu „Billboard”.

    Wróćmy jednak na chwilę do duetów, których nikt o zdrowych zmysłach by się nie spodziewał. W przypadku przykładu, który zaraz podam, zaskoczenie i zainteresowanie słuchaczy było dziecinnie proste, natomiast zrealizowanie zaplanowanego projektu (który tradycyjnie uwzględniał zwalenie z nóg) mogło się udać już tylko muzycznym geniuszom. Na szczęście oboje nimi byli. Mowa o wielkim rockmenie i jego odwiecznej idolce… śpiewaczce operowej.

    Freddie Mercury o swojej słabości do głosu Montserrat Caballe opowiedział w wywiadzie dla hiszpańskiej telewizji. Gdy obejrzała go Caballe, postanowiła się z nim spotkać i porozmawiać. Ten plan „nie wypalił”. To, co miało być krótką rozmową przy kawie, okazało się być kameralnym (bo dostępnym tylko dla obsługi hotelowej i gości), całonocnym „jam session” przy fortepianie w rogu holu barcelońskiego hotelu Ritz. Krótko potem ukazała się ich wspólna płyta z singlem „Barcelona” opowiadającym o tym właśnie spotkaniu. W 1992 roku był on nieoficjalnym hymnem igrzysk olimpijskich.

    Wspominając o Brytyjczykach i ich słabości do muzyki klasycznej, nie można choćby nie wspomnieć o piosence, którą dziś znamy chyba wszyscy. W 1996 roku rynkiem muzycznym wstrząsnął niezwykły duet Sary Brightman z niewidomym guru opery – Andreą Bocellim. Delikatny głos znanej z występów musicalowych Brightman w połączeniu z niezwykłej mocy wokalem Włocha przyniósł jeden z najbardziej wzniosłych i wzruszających duetów w historii – utwór „Time To Say Goodbye”.

    Ale dość o muzyce klasycznej. Warto pamiętać, że nie trzeba być gwiazdą muzyki, by zrobić furorę w duecie. Wystarczy być wszechstronnie utalentowaną gwiazdą kina. Przekonała się o tym, na przykład, Nicole Kidman, której „Somethin’ Stupid”, nagrane z Robbiem Williamsem, mimo ogólnej „cukierkowości” zostało docenione na całym świecie, podobnie jak przed laty oryginalna wersja tej piosenki w wykonaniu wielkiego Sinatry. Długo mogłabym wymieniać podobne kompilacje – od „Don’t Give Up” Kate Bush i Petera Gabriela, po bardziej współczesne duety, zarówno te najbardziej ryzykowne i oryginalne jak „Another Way to Die” (Alicia Keys i Jack White), jak i te bardziej instrumentalne, jak album „White Lunar” Nicka Cave’a z Warrenem Ellisem. Ale wówczas nie starczyłoby czasu na niemniej godne uwagi propozycje rodzime. Naprawdę mamy się czym pochwalić.

    Historia pokazuje, że na współpracy z muzykami zagranicznymi polscy artyści wychodzą naprawdę nieźle. Przykłady można by mnożyć. Wszyscy pamiętamy furorę, z jaką na polski rynek wszedł album, który Kayah nagrała z Goranem Bregovicem. To było coś nowego, świeżego. Mieszanka tego, co najlepsze w polskiej muzyce z obcym folklorem, była iście wybuchowa. Okazuje się jednak, że duet jednej płci i nacji również może pozytywnie zaskoczyć. Tak się stało, gdy w ramach MTV Unplugged Nosowska z grupą Hey zaprosili na scenę Agnieszkę Chylińską. Dwa rockowe, choć tak różne głosy, zaskoczyły swoją interpretacją kawałka „Angelene” chyba wszystkich polskich słuchaczy. Co do współpracujących panów, długo zastanawiałam się, jakie przykłady mogłabym podać. Ostatecznie zdecydowałam się na „zabijakę” polskiego kina w zupełnie nowej dla nas wówczas odsłonie. Mowa o Bogusławie Lindzie i jego „Filandii” u boku Świetlików, której słucha się ze wzruszeniem, a jednocześnie uśmiechem na twarzy. Podobnie jest z utworem wymienionym poniżej, mimo że są przecież od siebie tak różne. Smolik i Artur Rojek, geniusze polskiej sceny, w 2001 roku nagrali „50 Tysięcy 881”. Trudno uwierzyć, że minęła już ponad dekada, ale to przecież jeden z utworów, które najzwyczajniej się nie starzeją.

    Duety były, są i będą. Jedne pogrążają, ośmieszają artystów, którzy dotąd radzili sobie znakomicie, inne obnażają ich wszechstronność. Wydaje mi się, że takie projekty powinny powstawać jak najczęściej, zwłaszcza jeśli mowa o muzykach, których interesują zupełnie inne sfery muzyki. W końcu to przeciwności najlepiej się przyciągają – i przyciągają do siebie nas, zdradzając głęboko dotąd skrywane tajemnice – marzenia twardzieli o subtelności i „cichych wód” o wielkiej scenie.

    Autor: Hanna Kucharczyk
    Źródło: popmag.pl

    Statystyka

    Odsłon artykułów:
    3892891
    © 1999-2018 DJ WORLD. All Rights Reserved.